Emilia Orzechowska: Rozmawiamy w przełomowym momencie – u schyłku 2024 i na początku 2025 roku. Jest to czas podsumowań i spojrzenia na to, co było (i już będzie) oraz moment na życzenia, pragnienia i przepowiednie przyszłości. Punkt zero na osi czasu, miejsce, z którego możemy rozejrzeć się dookoła i sprawdzić, co się wydarzyło (i co się udało). Przekornie chciałabym jednak zacząć naszą rozmowę od pytania o to, co ci się nie udało w 2024 roku.
Małgorzata Widomska: Marzę sobie zazwyczaj bezterminowo, co jest dobrą strategią praktykowania wytrwałości – minimalizuję w ten sposób rozczarowania sobą lub światem. Ale bywa, że podejmuję cele zewnętrznie określone datą. Na przykład w minionym roku znowu nie otrzymałam Stypendium Ministra Kultury. Nie udało mi się też przekonać odpowiedzialnych osób, by nie dopuściły do likwidacji profilu klasy plastycznej w Liceum Ogólnokształcącym im. Jana III Sobieskiego w Warszawie.
A więc pytanie dla równowagi: co ci się udało? Czego nauczyłaś się sama od siebie, o sobie i o innych, o otaczającym świecie w minionym roku?
Zaczynając od końca, to świat pod wieloma względami okazał się nieprzewidywalny, ludzie również. Jedni, zdolni do bezinteresownej pomocy, czerpali radość już z pomnażania dobra, inni trochę utrudniali i tak trudne życie… Ale wiem, że nie znam ich motywów, a najczęściej oni również nie mają takiego wglądu w siebie, by je poznać. Udało mi się godnie odejść z tej szkoły i natychmiast dostać pracę, która jest spełnieniem marzeń w zakresie edukacji. Myślę, że bardzo przyczyniły się do tego dwie rozmowy nagrane z moim udziałem: jedna w Godzinie Szumu z Karoliną Plintą i Natalią Fiedorczuk, druga w ramach ART ASK – świetnego podcastu Marty Jarnuszkiewicz. Nigdy bym nie wymyśliła, że w tym roku akademickim poprowadzę piątą pracownię malarstwa na Akademii Sztuk Pięknych w Katowicach, zastępując podczas urlopu Dominikę Kowynię. Czerpię z tego wielką radość. Oswoiłam nawet dojazdy. Na pewno wielką nagrodą była dla mnie już sama nominacja do nagrody Kacha Ostrowskiego. Ucieszyłam się, choć bowiem kończyłam gdańską akademię, mało jestem tam obecna ze swoją sztuką.
Jeżeli chodzi o moją praktykę artystyczną, to na szczęście utrzymuję rytm i ciekawość tworzenia. Większa widzialność i częstsze uczestniczenie w wydarzeniach artystycznych na początku rozbiły tę zdolność skupienia, ale z czasem odzyskałam równowagę. Pod koniec 2024 roku było kilka takich dni, kiedy moje prace były pokazywane w trzech projektach jednocześnie: prezentowane na wystawie indywidualnej w Galerii EL, której byłaś kuratorką, na duo show z Alicją Bielawską i na wystawie zbiorowej ASMR U w galerii Le Guern, której kuratorem był Tomek Baran. „Klęska urodzaju” – pomyślałam padając, jak się domyślasz, z przepracowania.
Do wspaniałych ubiegłorocznych wydarzeń zaliczam doświadczenie kuratorskie zdobyte przy okazji Egzaminu Dojrzałości – wystawy, którą wymyśliłam od podstaw i zrealizowałam z Innym Towarzystwem, zapraszając artystów do galerii Śmierć Człowieka przemienionej w klasopracownię.
Napisałam także kilka większych tekstów o wystawach i sztuce, co jest zawsze zaproszeniem do samorozwoju, uważnych przemyśleń, tym bardziej kiedy ukazują się drukiem. Dużo łatwiej mi mówić, a najprzyjemniej jest prowadzić dialog. Może dlatego lubię uczyć.
Skoro jesteśmy przy temacie nauki, chciałam zapytać o twoje równoległe z praktyką artystyczną doświadczenia związane z uczeniem sztuki i plastyki. Najpierw przez długie lata uczyłaś młodzież licealną, a od października 2024 roku prowadzisz w zastępstwie pracownię Dominiki Kowyni na katowickiej Akademii Sztuk Pięknych? Co daje ci uczenie innych – co dajesz, ale także co bierzesz od swoich uczennic i uczniów, studentek i studentów?
Uczyłam w dwóch warszawskich liceach – w Batorym i Sobieskim – oraz wykładałam przez siedem lat w Instytucie Edukacji Artystycznej na Akademii Pedagogiki Specjalnej. Uczenie innych wiąże się z bardzo naturalną ludzką potrzebą budowania kultury, zachowania i pogłębiania wiedzy w jej obszarze. Jest jak przysłowiowe przekazanie pałeczki. Wydaje się, że artysta kreuje dzieło, ale w miarę jak wchodzimy w proces, zdajemy sobie sprawę, że sztuka jest zjawiskiem zewnętrznym względem nas, któremu musimy być posłuszni. Jest to ten rodzaj posłuszeństwa, czy raczej nasłuchu, który uszczęśliwia, bo pozwala wyrazić prawdę. Bunt bywa najwyższym rodzajem posłuszeństwa. To, co zabija kulturę, to konformizm, nieumiejętność trwania w sytuacji, w której jest trochę trudno, niewygodnie. Umiem uczyć wytrwałości, ciągłej pracy nad umiejętnościami bez pogardzania sobą. Długoletni brak sukcesu, zadowolenia z własnej pracy, okresy, kiedy nie mogłam tworzyć niemal wcale, wyzwoliły we mnie prawdziwe zacięcie badawcze nad językiem sztuki, szczególnie malarstwa. Pozyskiwałam wiedzę i umiejętności niespiesznie, uczyłam się, patrząc i analizując, dlatego należę do artystów, którzy cenią bardzo różne nurty i potrafią mówić na temat plastycznych środków wyrazu, podpowiadać rozwiązania z rozpoznaniem indywidualnego profilu studentki czy studenta, a więc umiem przekazywać wiedzę bez przemocy. Nie jest to wcale oczywista umiejętność. Co dostaję w zamian? Prawdziwą neuroplastykę. Dostęp do różnorodnych światów, motywów, wrażliwości… Zaufanie, od którego zależy cały proces edukacyjny. Relacje z człowiekiem na głębszym niż umożliwia to większość zawodów poziomie.
Końcówka 2024 roku to dwie twoje wystawy: pierwsza, indywidualna, w Centrum Sztuki Galeria EL w Elblągu było i już będzie i druga w Galerii Śmierć Człowieka w Warszawie Zaplatam twoje palce, w duecie z Alicją Bielawską. Jak wspominasz tę symultaniczną pracę nad dwiema wystawami – narrację w dialogu i pracę nad „monologiem”. Którą opowieść wolisz snuć albo która jest ci bliższa w kontekście „czytania” twojej twórczości?
Każda z tych sytuacji była wyzwaniem, a więc była inspirująca. Pracując wcześniej kilkakrotnie w duetach artystycznych, zaobserwowałam, jak prace wymiennie redukują się do kontekstu, by za chwilę stać się bohaterem. Jest to bardzo wciągająca dynamika, dlatego duo show jest lubianym schematem budowania wystaw. Z Alicją było jednak coś więcej, te prace jakby do siebie tęskniły, jakby były sobie potrzebne. To było bardzo dla mnie ważne doświadczenie estetyczne i doświadczenie spotkania.
Wystawa w EL to moja, jak dotąd, największa wystawa. Projektowałam ją na makiecie i nie mogłam do końca przewidzieć, czy sakralna, gotycka przestrzeń przyjmie te obrazy, czy odrzuci. Myślę, że będąc opiekunką tej galerii, dobrze wiesz, o czym mówię. Na szczęście przyjęła. Montowałaś tę wystawę bez mojego udziału, podjęłaś świetną decyzję o zmianie położenia betonowej fali. Kiedy przyjechałam w dniu wernisażu, miałam po zobaczeniu całości takie rzadkie poczucie spełnienia, jakbym dotarła do domu i mogła przez jakiś czas odpocząć.
W kontekście czytania każdej twórczości przydają się zarówno podobieństwa, jak i różnice. Na pewno możliwość zobaczenia wielu obrazów jednego artysty pokazuje pracę pamięci i ewolucję warsztatu. Wystawa monograficzna pewnie pomaga wyczuć, jakimi środkami modeluję emocję obrazu. Z kolei wystawa, która jest artystycznym dialogiem artystek, prowokuje rozpoznanie charakterystycznych cech dzieła każdej z nich. Jednak to, co wspólne, i to, co osobne, jest jedynie progiem do dalszej imersji w sytuację przez nas zaaranżowaną, która stawia na bezimienną jedność sztuki.
Twoim obrazom towarzyszy zawsze jakiś sugestywny tytuł, za którym skrywa się herstoria z twojego życia. Obraz powstaje w afekcie jakiegoś doświadczenia i jego przemyślenia, odczucia. Czy na użytek naszej rozmowy mogłabym poprosić cię o przytoczenie dwóch, trzech istotnych dla ciebie wydarzeń, z których wyłoniły się obrazy?
Długo obserwowałam, co jest źródłem dla tych kompozycji, skąd wypływa przymus tworzenia. Proces w dużym stopniu przetacza się w pokładach nieświadomości. Wychwyciłam jednak, że niby maluję kwadraty, a z uporem powracają do mnie konkretne sytuacje. I zrozumiałam, że obrazem staram się je rozwiązać, redukując konflikt pamięci afektywnej do samego aktu widzenia.
Opowiem o obrazie Rzęsa, który jest w kolekcji Cezarego Pieczyńskiego. Odnosi się on do stawu przy szkole muzycznej, do której chodziłam, a konkretnie chodziłam na wagary nad ten staw właśnie i przesiadywałam na przerzuconym jak most pniu starej wierzby. W porze letniej wodę porastała gęsta rzęsa, na brzegu rosły nieliczne kwiaty, mlecze, fiołki… Budując tę kompozycję, przywołałam zapamiętaną kolorystyką oraz stosunek obszarów barwnych. Dzięki imersji w naturę wagary było często ekstatycznym doświadczeniem, chociaż wiązało się ono z poczuciem winy i lękiem przed odkryciem sekretu. Myślę, że tę ambiwalencję przechowuje gest i chropowata tekstura obrazu.
Inny obraz, własny pokój, jest próbą przywołania uczuć nastolatki, które wypełniały duży pokój pomalowany na niebiesko. Kolor ścian bardzo różnił się w zależności od światła, można było pomyśleć, że budował go inny pigment. I takie postawiłam przed sobą ryzykowne zadanie: zharmonizowanie dwóch błękitów. Po za tym chciałam oddać materialność farb, odnieść się do jej licznych warstw, demaskujących odprysków w przestrzeni mieszkalnej.
Kiedy buduję obraz, kierunek pracy, uwagi, jest jakby ode mnie ku niemu. Zmiana tego kierunku wskazuje na zakończenie procesu. Rozumiem, że obraz jest skończony, gdy zaczynam go z powrotem wchłaniać. Tak było w tym wypadku.
Jak wiesz, bo ci się zwierzyłam, iskrą do zaproszenia ciebie do Galerii EL i zrealizowania indywidualnej wystawy był obraz Serce Piotrka i twoja o nim opowieść podczas Warsaw Gallery Weekend 2023 we wspomnianej już Śmierci Człowieka podczas wystawy z niezapomnianym tytułem Siebie, przecież nie jestem głodna. Czy możesz przytoczyć tę intymną i osobistą herstorię?
Tak, to jest bardzo osobisty obraz. Próbowałam sportretować w nim męża. Wiąże nas zupełnie wyjątkowe uczucie, miłość ponad popularnymi teoriami wspólnych zainteresowań czy doświadczenia. W tym obrazie są obecne trzy kluczowe przestrzenie: cielesności, wrażliwości (różowy kwadrat symbolizujący serce zaraz pod powierzchnia ciała) i pochodzenia (brązowa oleista granica po prawej stronie nawiązująca do farby wszechobecnej w jego rodzinnym gospodarstwie domowym). Zrównoważona kompozycja buduje poczucie bezpieczeństwa, ale w niektórych miejscach się zagina, przecież każdy człowiek jest nieprzewidywalną tajemnicą.
Skoro powiedziałaś już o historiach i herstoriach, które pobudzają obrazy, czy możesz opowiedzieć też o swoim warsztacie, jak pracujesz nad obrazem (obrazami, jeśli to praca symultaniczna), czy pracujesz ze słońcem, czy raczej pracownię spowija półmrok – jesteś nocną malarką? Czy należysz do osób, które regularnie „chodzą do pracy”, czy wręcz odwrotnie – idziesz do pracowni, gdy masz czas, jak rzeczywistość da ci wytchnienie i pozwoli choć na chwilę skupić się na tworzeniu?
Ze względu na moje liczne obowiązki wychowawcze, domowe i pracę, których nigdy nie chciałam uniknąć, ponieważ doceniam wartość tego doświadczenia, pracuję raczej kiedy mogę. Staram się tego czasu znaleźć jak najwięcej. Mówiąc językiem kapitalizmu, nauczyłam się czasem zarządzać. Często namysł nad obrazem dokonuje się między innym czynnościami w jakiejś równoległej rzeczywistości mojej metapracowni. Biegnę potem sprawdzić spekulacje w działaniu.
Nie potrafię pracować nad wieloma obrazami jednocześnie. Prawdopodobnie dlatego, że wspomniane historie aktualizuje we mnie jakaś bieżąca potrzeba. Wejście w temat to podstawa procesu, którego pozbawiony narracji rezultat może być trochę zaskakujący. W obrazie język estetyki prowadzi mnie przez sens doświadczenia do jego afirmacji. Bez względu na to, czy należało do łatwych, czy trudnych. Aby to było możliwe, wypraszam ego za drzwi pracowni, w tym sensie jest to proces duchowy wymagający przestrzeni.
Maluję ze słońcem, w godzinach przedpołudniowych, i odczuwam fizyczny ból, kiedy muszę włączyć płaskie, sztuczne światło.
A dlaczego abstrakcja?
Wcześniej długo zajmowałam się figuracją. Mniej więcej jedenaście lat temu, kiedy robiłam przewód doktorski, zaczęłam dostrzegać, że denerwuje mnie lepkość narracyjna obrazu, która jest rodzajem widzenia „jak gdyby”, a nie czystym doświadczeniem. Żyjemy w świecie zanurzonym w ekranie i wątki kulturowe, cytaty ze świata filmu, niepostrzeżenie wchodzą w kontekst niemal każdej figuracji. Do tego stopnia, że wypierają z obrazu same wartości malarskie. Widziałam dużo rzeczy namalowanych, które nie były obrazem. Były znakiem innego obrazu. Zwrot ku abstrakcji dokonywał się we mnie powoli i nadal moje obrazy odnoszą się do tematu i rzeczywistości widzianej, w czym upatruję ich estetyczną siłę. Są wynikiem analizy doświadczenia patrzenia, doprowadzeniem pewnych wartości przed oko odbiorcy. Nawet jeżeli źródło tych abstrakcji jest dla niego zakryte, obraz ciągle działa jak nabrzmiałe, spójne uniwersum zapraszające do przekroczenia granic. Ufasz pięknu i idziesz.
W ubiegłym roku byłaś również nominowana do Nagrody im. Kazimierza Ostrowskiego za 2024 rok za wybitne osiągnięcia w dziedzinie malarstwa, której, niestety, (jeszcze) nie zostałaś laureatką, ale w związku z tym chciałabym zapytać cię o twój stosunek do „konkursów”? Biorę to słowo w cudzysłów, bo sama mam sporo wątpliwości dotyczących tych „zawodów”, w którym dość wąskie grono osób ocenia, sądzi i stara się odpowiedzieć na stawiane od dzieciństwa pytanie: „Ale czy ładnie namalowałam?”. Po co nam w ogóle konkursy?
Nie jestem dzieckiem nagród, stypendiów, rezydencji i konkursów. Mam kilka dawnych sukcesów, ale moje obecne obrazy dużo gorzej wyglądają na zdjęciu niż w rzeczywistości, a przecież selekcja odbywa się na podstawie fotografii. Stawiając na bezpośrednie doświadczenie materialności płótna, raczej wypadłam z tego nobilitującego świata. Ale może są też inne powody.
Sens w konkursach widzę taki, że się mówi o sztuce – i czasami, o ile sprawy nie są z góry ustalone, zostaje wyłoniony z masy tworzących ktoś nowy, prawdziwa twórcza osobowość. Nie należy się jednak konkursami bardzo przejmować, ale można się trochę ucieszyć z samej nominacji, jak w moim wypadku do Nagrody im. Kazimierza Ostrowskiego.
Wracając do początku naszej rozmowy, jestem ci jeszcze winna jedno pytanie: czego pragniesz, po co chciałabyś sięgnąć i co dostać od świata w 2025 roku? Czego ci życzyć?
Cytując klasyczki, najbardziej chciałabym pokoju na świecie. Zdrowia w rodzinie. Niegasnącej ciekawości, co kolejny obraz przyniesie, co odsłoni i dokąd poprowadzi. A tak branżowo, życz mi czułych odbiorców. Tak zwany art world jest bardzo zmienny i trudno tu o utrzymanie widzialności. Często przyczyną nie jest brak wartościowych realizacji, ale dziwne interesy, kapryśność i wąskie pole uwagi. Bardzo bym sobie życzyła mieć stabilnie rosnące grono odbiorców, nie mylić z obserwującymi. Chciałabym też, by wątpliwa kultura długiego oczekiwania na zapłatę za na przykład kupiony obraz przestała stawiać mnie w roli stręczycielki i nie paraliżowała dalszego procesu twórczego.
A więc tego ci życzę z całego mojego „słonecznego” serca i bardzo dziękuję ci za współpracę przy wystawie w EL oraz za tę rozmowę.
Emilio, bardzo ci dziękuję za zaproszenie, nominację, pytania, zainteresowanie i pomoc, które sprawiły, że 2024 rok mogę nazwać bardzo udanym rokiem. Życzę ci najserdeczniej spełnienia i pozytywnych zaskoczeń w 2025 roku.
Rozmawiała: Emilia Orzechowska