W dokumentalnym filmie wieńczącym mediolańską wystawę retrospektywną Leonora Carrington jawi się jako niezgrabna już w ruchach i wypowiedziach dziewięćdziesięciokilkulatka, ukazująca swoją codzienność pełną przypadkowych gestów i przedmiotów. Papieros, zapalniczka, szklanka, stół, drzwi, klomby kwiatów, obejście, przydomowa ławeczka. Zupełnie jak w swojej twórczości, z jednej strony w warstwie narracyjnej zatrzymuje widza na powierzchni, tylko dociekliwym pozwalając zajrzeć do głębi jej przemyśleń i świata – już powoli zmierzającego ku śmierci – a z drugiej strony wciąż owianego tajemnicą i otwierającego ciekawość na więcej.  

Wystawę wybitnej surrealistki w Mediolanie usytuowano w Palazzo Reale, w samym centrum miasta. W nieco dusznych, przestarzałych i nielicujących ze spektakularnością czy z przestronnością pyszniącej się tuż obok katedry – symbolu i kompasu ruchu turystycznego miasta, rozegrała się jednak intersująca konfrontacja, demonstracja i podroż przez ważne kulturowo i artystycznie treści. Ta dość obszerna retrospektywa trwała od września 2025 do stycznia 2026 roku i była pierwszą tak kompletną prezentacją twórczości artystki we Włoszech. To właśnie związki brytyjskiej malarki i pisarki z tym krajem stały się kanwą pokazu w ramach programu wystawienniczego Olimpiady Kulturalnej Milano Cortina 2026. Kluczowa postać surrealizmu i awangardy o międzynarodowej sławie rozpoczęła tu swoją artystyczną drogę i tu symbolicznie ją zamknęła. Eleonora Carrington (ur. 1917) przybyła do Florencji jako czternastolatka, gdzie odebrała edukację i po raz pierwszy zainteresowała się malarstwem oraz włoskim renesansem, upatrując inspiracji nie tylko w jego bogactwie formalnym, ale także technikach rzemieślniczych, które zgłębiała i przejęła na dalszym etapie twórczości. Echa włoskich tradycji rezonowały w niej podczas pobytu w Paryżu, jak i Meksyku, gdzie trafiła w latach czterdziestych XX wieku i gdzie pozostała do śmierci w 2011 roku. Zwieńczenie „włoskiej” drogi autorki nastąpiło w 2022 roku, gdy wystawę główną 59. Biennale w Wenecji oparto na jej surrealistycznej książce dla dzieci Milk of dreams.

Otwierający wystawę cytat: „Byłam zbyt zajęta sztuką, by stać się czyjąś muzą” właściwie wprowadzał w klimat ekspozycji, na której autorkę ukazano jako rzemieślniczkę i medium własnego talentu, w której życiorysie nawet biografia stała się kanwą i tworzywem do kolejnych etapów tworzenia. Jak określili kuratorzy wystawy – słynna badaczka surrealizmu Tere Arcq oraz Carlos Martin: Lenora Carrington wykreowała swój wyimaginowany świat, w którym sztuka, literatura i życie wyewoluowały w osobistą kosmologię, której ładem stały się metamorfoza, poszukiwania i odkrycie (na nowo). W tekście przewodnim wystawy czytamy, że odyseja artystki, w której podróż to nie tylko zmiana geograficzna, lecz również próba metamorfozy kobiet w historii, przez arkany wiedzy, zapomniane wierzenia i heterodoksyjne formy mądrości.

Lenora Carrington często znajdowała się na marginesie – jako kobieta, matka, wypędzona, imigrantka czy ofiara gwałtu zbiorowego, która przetrwała przemoc, dlatego transpozycja stała się nie tylko właściwym jej środkiem sztuki, ale także narzędziem dostosowania się, budowania narracji i poznania oraz doświadczania świata. Monomit (campbellowska podróż bohatera), który stał się jej udziałem i życiową inspiracją całego dorobku, posłużył za środek konstrukcyjny ekspozycji, podzielonej na sześć działów. Wystawa, oprócz klucza chronologicznego, podejmowała kilka innych tropów, ciekawie systematyzujących œuvre i nadających mu narracyjny, a przez to trochę baśniowy charakter. Wśród nich znalazły się etapy, nazwane przez kuratorów: Wielka podróż Leonory[1], Narzeczona wiatru, Przemieszczenie i bilokacja, Podróż bohaterki, Mrok rozświetlony, Alchemiczna kuchnia

Wystawa – koncentrując się na artystycznej podróży która ułożyła życie Leonory Carrington – dotyka także tematów które ta droga przynosiła. Trauma, introspekcja, tradycje rodowe i wykorzenienie, kobiece przodkinie i ich miejsce w przestrzeni familijnej, ekofeminizm, alternatywnym spirytualizm i zapomniane mitologie. Ukształtowana przez malarstwo renesansu i wiktoriańską literaturę, średniowieczną magię i alchemię, kultury krajów, w których żyła, malarka podejmowała tematy, które plasują się dziś w centrum debaty – i to nie tylko dotyczącej problematyki surrealizmu. Jej biografia, przeżywana w wymiarze intymnym i osobistym, stałą się opowieścią uniwersalną, a ona sama – fatalną figurą tamtych czasów. Przyczyniła się nie tylko do dyskursu wokół sztuki, lecz również do zrewidowania całego współczesnego świata. Zostając z daleka od sławy i piedestałów sztuki, kreśliła nieco wstydliwy, „kłujący w oczy” scenariusz. Nie była to podróż kanoniczną heroiczną drogą, ale wydeptującą znany wielu nawet współczesnym szlak.           

Pierwsze trzy części wystawy pokazywały czas podróży i krystalizacji stylu, próbę odnalezienia własnego miejsca w świecie (Europie) i sztuce. Anglia, Włochy, Francja – wejście w dorosłość, podjęcie drogi artystycznej, romans z Maksem Ernstem i doświadczenie wojny oraz emigracji dały wyraz twórczości młodej, ale żarliwej, krystalizującej się, ale poszukującej, kobiecej, ale zbuntowanej. Przestrzenie wystawy oddzielono różnymi kolorami i sztafażem (od zwiewnych tkanin po stabilne gabloty z artefaktami), od dokumentacyjnych fotografii po symboliczne wrota drzwi, od prowadzących korytarzy po zaciemnione wykusze. Aranżerom ekspozycji udało się nie tylko nie zgubić narracji, lecz również nadać jej wymiar biograficzny, gruntownie zapoznający z twórczością autorki, metafizyczny, nadający jej uniwersalistyczną i duchową głębię, a także historyczny (przeszłości), przypominający, że mamy do czynienia ze sztuką, która przeszło do historii, i upamiętniający jej doniosłe miejsce pośród innych twórców nurtu surrealistycznego. Jednocześnie, jak cała twórczość Leonory Carrington, która stroniła od dosłowności i racjonalnych odniesień, wybierając intuicje i tajemnicę – pozostawiała widza w pewnym dramaturgicznym napięciu, budowanym przez sprawny dobór dzieł, treści opisów i kolejnych odsłon (pomieszczeń).              

Jako pięćdziesięciotrzylatka Leonora Carrington pisała: „Kim jestem? Czy jestem? Tą, która obserwuje (siebie), czy tamtą co obserwuje mnie?”. Wciąż biła się z życiem i przeciwnościami losu. Zakosztowała też luksusu i kariery. Wzięła udział w Międzynarodowej Wystawie Surrealizmu w galerii Beaux-Arts w Paryżu. Sprzedała pierwszą pracę Peggy Guggenheim. Ukazały się jej opowiadania Dom strachu (La Maison de Peur), a jedno z nich – Narzeczona wiatru (La Mariée du vent) – zostało opatrzone wstępem i ilustracjami Maksa Ernsta. Zamieszkali na południu Francji, w siedemnastowiecznym wiejskim domu, który Leonora Carrington kupiła dzięki pieniądzom matki. Zewnętrzne i wewnętrzne dekoracje rzeźbiarskie i malarskie, które tworzyli tam miesiącami, stały się swoistym dialogiem twórców. Odzwierciedlał on złożoność, ale także zażyłość ich twórczości i charakterów, zbiegając ich sztukę i życiorysy zanim wojna, aresztowanie Maksa i załamanie nerwowe Leonory nie przerwały ich trzyletniego romansu. Po latach, po fikcyjnym małżeństwie z dyplomatą, po raz kolejny związała się z artystą, węgierskim fotografem Emerico „Chikim” Weiszem, z którym pozostała do (jego) śmierci przez niemal siedemdziesiąt lat. 

Kolejne trzy etapy odrzucały chronologię na rzecz okooliczności i fakty na rzecz opowieści. Dział ukazujący prace oparte na figurze archetypicznej, mitycznej podróży bohatera (The Hero’s Journey) – opracowanym przez Carla Gustava Junga, a utrwalonym w opracowaniu amerykańskiego badacza mitów Josepha Campbella – nawiązywał do idei przebudzenia i dążenia do odzyskania świadomości. Według kuratorskiego zamysłu dzieła wybrane dla tej części układały się w propozycję odczytania spuścizny Leonory Carrington jako kobiecej wersji podróży bohatera (procesu indywiduacji, czyli pełnej integracji wewnętrznej dzięki konkretnym etapom). Jak zauważył jej syn Gabriel: „Zawsze tkwiła w poszukiwaniu osobistych map, które pomagały jej poruszać się między wizjonerskim życiem i wewnętrznymi demonami”. Jej nawigacje mityczne, mistyczne i spirytystyczne łączyły ścieżki zarówno dawnych, jak i współczesnych nauk. W repertuarze jej zainteresowań znajdowały się mity i figury z różnych kultur, jak Jezus, Budda, Zaratustra, Pitagoras i Platon, Mojżesz i Morfeusz, Hermes i inni. Jej fascynacja mistycznymi aspektami religii, kabałą czy gnostycyzmem wyznaczała horyzont programowy dokonań artystycznych. Z drugiej strony podbudowywała je wpływami buddyzmu, z których idea głębokiego szacunku dla wszelkich form życia, stała się najbardziej trwałą i wpływową, a jednocześnie zasilającą dla jej twórczości. Z kolei w Meksyku miała okazję natknąć się na spadkobierców i kontynuatorów idei ewolucji świadomości, rozwijanych przez Georga Gurdżijewa i Piotra Uspieńskiego. Według nich przebudzenie, wyswobodzenie ze zniewalającego „snu na jawie” możliwe jest nie tylko w jogińskiej, buddyjskiej czy ascetycznej izolacji, lecz również w formule tak zwanej czwartej drogi, czyli w trakcie zwykłej, codziennej społecznej egzystencji. To wszystko znajdowało odzwierciedlenie w jej malarstwie, gwaszach, rysunku, realizacjach trójwymiarowych i literaturze. Tak jak życie mieszała z baśniami, mitami, mitologiami, podobnie traktowała media plastyczne. Preferowała mieszane techniki, jak akwarela z tuszem i węglem, malarstwo różnymi technikami, akwarela, gwasz, rysunek, piórko i tusz. Upodobała sobie laserunek i drobne pociągnięcia pędzla, sięgała też po sgraffito, fumaż, wydrapywanie, złocenia i dekalkomanię. Zajmowała się rzeźbą, tkaniną, scenografią i tworzeniem masek, rzeźb, co na wystawie przybliżały fotografie dokumentalne z kolejnych etapów życia i sztuki twórczyni. Jej pracownia stawała się alchemicznym laboratorium, kuchennym polem eksperymentów, alkową tarocistki, kreślącą wróżby pędzlem i tuszem. Nieokiełznany pozostał nie tylko jej warsztat, ale także jej nieprzenikniona mentalność i intelekt. 

„Papież surrealizmu” André Breton określił ją jako „czarownicę o łagodnym spojrzeniu pełnym drwiny”. To trafny opis, który nawiązuje do jej zainteresowania i fascynacji okultyzmem, które współdzieliła z innymi twórcami tego nurtu. Magia, tarot, alchemia, astrologia, spirytyzm i inne egzotyczne tradycje starożytności – kiedyś zarezerwowane dla wtajemniczonych, zostały ponownie odkryte przez surrealistów. Ta część wystawy śledzi jej twórczość przez „mroczne miejsca wiedzy”, będące konsekwencją jej dożywotniego zainteresowania okultyzmem i magią rytualną. Tytuł pochodzi z pism Josepha Campbella, który porównał inicjację w okultyzm z „ciemnością duszy, która nadchodzi tuż przed objawieniem”. Do niedawna ten aspekt jej twórczości pozostawał prawdopodobnie najmniej zbadany, bo choć wpływy te były liczne i nakładały się na siebie, tworząc unikalny i złożony język, to Carrington unikała konkretnego klarowania i precyzowania własnych duchowych inspiracji. Tajemniczość ta nie jest zaskakująca, gdyż ezoteryczne podążania nie tylko karmią się niejednoznacznością i niedopowiedzeniem, ale także wymykają łatwej kategoryzacji czy opisom. Była tego w pełni świadoma i starannie umieszczała w swoich kompozycjach zaklęcia, sigile, diagramy i inne symbole magiczne, często skutecznie przesłaniając ich cel i znaczenie kryjące się za zabawną narracją, mylącą „niewtajemniczonych”.

Ostatni dział, zainspirowany terminem stworzonym przez Susan Alberth w eseju Alchemical Kitchen, pokazał, w jaki sposób Leonora Carrington połączyła różne tradycje magiczne w swojej pracy, wykorzystując tajemniczą symbolikę i wizualizując złożone idee zmian czasowych i przestrzennych zachodzących w alchemicznej kuchni. Gotowanie stało się metaforą tajnych zabiegów w kuchni, tradycyjnie kojarzonych z pracą kobiet, lecz również z ich magicznymi, alchemicznymi i wiedźmimi poczynaniami. Głębokie zainteresowanie artystki alchemią ukazuje się nie tylko na poziomie ikonografii jej twórczości, ale także w jej fascynacji (w połowie lat czterdziestych XX wieku) średniowiecznymi technikami tworzenia tempery jajowej, wzbogacającej fakturę o efekt rozświetlenia, a także utrwalającej powłokę i nadającej jej jednocześnie organiczną miękkość. Edward James, ekscentryczny poeta, przyjaciel i kolekcjoner jej sztuki, opisał ten fenomen jako nie malowanie, ale wręcz „warzenie obrazów”, które wyglądają jakby nie były kreowane wprost na płótnie, desce, kartce, tylko powoływane „w kotle o północy”. Porównanie procesu tworzenia z połączeniem alchemicznej mieszanki, którą wprawna ręka komponuje według tajemniczej receptury, ukrytej nie tylko w głowie, ale także gdzieś głęboko w duszy, nadaje całej twórczości artystki i feministyczną potęgę, i mistyczną rytualizację oraz ideę magii stosowanej. Żyjąc w Meksyku, Leonora Carrington odkryła ponadto nowe oblicze kuchni i nowy poziom twórczości – łączenia smaków, nowych ziół, przypraw i roślin w kompozycyjne całości. Wypróbowała najróżniejsze sposoby serwowania wyników swoich eksperymentów – od tradycyjnych rytuałów kuchni puebli, pełnych symboliki celtyckich rytuałów, włącznie z seansami jedzenia w lesie z oddawaniem ofiar Wielkiej Bogini.          

Autorka słynnej konstatacji: „Jestem sama dla siebie tajemnicą” umiejętnie przekazała ten duchowy niepokój w swoim dziele życia. „Kiedy jestem swoimi myślami, mogę być czymkolwiek: od rosołu, przez parę nożyczek, krokodyla, zwłoki, leoparda, do kufla piwa. Kiedy jestem moimi uczuciami, staję się miłością, nienawiścią, złością, nudą, szczęściem, dumą, pokorą bólem, przyjemnością, i tak dalej i dalej. Jeśli jestem swoim ciałem, staję się wrostem w zmieniającym się w każdej sekundzie ciele kobiety w średnim wieku. Jednak tak jak każdy tęsknię za tożsamością, a to pragnienie zawsze mnie zadziwia. Jeśli istnieje prawdziwa indywidualna tożsamość, chciałabym odnaleźć ją, ponieważ prawda po odkryciu już przeminęła”.

Mediolańska katedra dożywa kolejnych setek lat i dalej prezentuje w słońcu potęgę dokonań cywilizacji i idei. Dobrze uświadomić sobie, że to właśnie w jej cieniu, a także mroku muzealnego zacisza, tak dobitnie zaprezentowano zgoła odmienną narrację ilustrującą przepastne obszary ludzkich wierzeń, religii, duchowości i sztuki. Sztuki Leonory Carrington, której tajemnica została nierozpoznana, ale poznana przez tysiące widzów wystawy (wydarzenie już po otwarciu okrzyknięto sukcesem frekwencyjnym).    

Tekst i zdjęcia: Justyna Teodorczyk

[1] Wszystkie tłumaczenia własne.