Bartłomiej Flis to artysta ciągle ewoluujący, z doskonale opanowanym warsztatem malarskim, świadomy aktualnych zagadnień i odniesień. Jego ostatnia wystawa W warstwach gleby leżymy płytko – prezentowana w łódzkiej Galerii Willa – jest tego zdecydowanym potwierdzeniem.
Z twórczością Bartłomieja Flisa zetknąłem się stosunkowo wcześnie. Mieliśmy bowiem okazję przez krótką chwilę dzielić pracownię malarską na Wydziale Artystycznym UMCS w Lublinie. Pamiętam jego studium postaci, robione pospiesznie, jakby od niechcenia, a mimo to świetnie trafione, z niesamowicie opracowanym światłocieniem, wyróżniające się wśród innych prac kompozycją, kolorystyką i podejściem do tematu. Byłem bardzo ciekaw, w którą stronę wyewoluuje malarstwo Bartłomieja Flisa, bo już na wczesnym etapie twórczości zdawało się, że artysta ma do wyboru wszystkie dostępne ścieżki. Kolejne spotkanie z malarstwem Bartłomieja Flisa to jego dyplomowe realizacje z łódzkiej Akademii Sztuk Pięknych. Było to dla mnie doświadczenie zaskakujące. Artysta zrobił woltę i zrezygnował ze wszystkich wartości plastycznych, które wydawały mi się jego silnymi atutami na wczesnym etapie. Zamiast tego zaproponował monochromatyczne obrazy, z rysunkowymi, mocno uproszczonymi figurami przypominającymi dziecięce rysunki wykonywane kompulsywnie na kartkach bloku rysunkowego. W momencie, kiedy się wydawało, że wraz dyplomem wykrystalizował się własny styl wypowiedzi, artysta dokonał kolejnej wolty – tym razem w stronę misternie opracowanych w technice pasteli olejnej figuratywnych przedstawień, których bohaterami stały się przysadziste sylwetki mężczyzn oddających się rozmaitym czynnościom. To właśnie głównie te obrazy można było oglądać na indywidualnej wystawie Bartłomieja Flisa w Galerii Willa, ale nie tylko.
W warstwach gleby leżymy płytko to wystawa problemowa, ale doskonale realizująca idee dzieła otwartego, w którym widz może sam doszukiwać się symboli, narracji lub po prostu kontemplować złożoną materię dzieł. Artysta, stosując wypracowany język malarski, poruszą wątki związane z archeologią wyobraźni, wspólnotowością czy relacją człowieka z naturą. Bohaterami obrazów są zazwyczaj zunifikowane wizualnie postacie płci męskiej. Cechą charakterystyczną postaci jest ich dość pokaźna muskulatura, która w zestawieniu z gestami opartymi na czułości tworzy niesamowity kontrast, odnosząc się do aktualnych współcześnie wątków związanych z redefiniowaniem na nowo pojęcia męskości. Mężczyźni na obrazach Bartłomieja Flisa zbierają jagody, szukają pożywienia, obserwują procesy zachodzące w naturze, na przykład przebijanie się przez warstwy śniegu pierwszych roślin. Kontrasty w obrazach artysty nie zachodzą jedynie w polu znaczeniowym. Możemy bowiem zaobserwować wirtuozyjną grę kontrastów między chłodnymi i ciepłymi odcieniami barw oraz czerni i bieli. Patrząc na obrazy, można wręcz poczuć temperaturę ciepłej wilgotnej ziemi wygrzebywanej spod zimnych warstw śniegu. Efekt znacznie potęguje zastosowana technologia. Grubo wcierane w płótno pastele olejne nadają obrazom i ich bohaterom wrażenie bycia czymś w rodzaju tworów „ulepionych z gliny”.
Zupełnie odrębne w tym zestawieniu wydają się prace monochromatyczne, które również w dużej części tworzą ekspozycję. Artysta stosuje bowiem zabiegi przypominające znaną z renesansowego malarstwa technikę en grisaille, opartą na zróżnicowaniu odcieni szarości w celu uzyskania modelunku rzeźbiarskiego. Dzięki temu postacie sprawiają wrażenie monumentalnych figur kamiennych, które mogą się kojarzyć zarówno z antycznymi rzeźbami, jak i z postaciami świętych umieszczonych wokół barokowych ołtarzy. To właśnie te, monochromatyczne obrazy budują iście sakralny klimat wystawy. Perfekcyjnie opanowana technologia tworzy wrażenie obcowania ze sztuką, którą trudną przypisać do określonego nurtu czy konkretnej stylistyki. Ich ponadczasowy charakter potęguje sposób eksponowania. Część nie została powieszona na ścianach, ale jest wyeksponowana na specjalnie przygotowanych stelażach, ustawionych pośrodku sali. Przez to można odnieść wrażenie czegoś w rodzaju rekonstrukcji wielopostaciowej rzeźby, która niegdyś pełnić mogła funkcje sakralne, a dziś jest jedynie obiektem muzealnej kontemplacji.
Warto zaznaczyć, że malarstwo to nie jedyna dziedzina eksplorowana przez Bartłomieja Flisa. Artysta ma na swoim koncie również monumentalne realizacje rzeźbiarskie. Zazwyczaj dopełniają one obrazy. Pełnoplastyczne, przeskalowane postacie mężczyzn, podobne do tych znanych z jego malarstwa, pozwalają w jeszcze większym stopniu doświadczyć poruszanej tematyki. Co ciekawe, figury ludzkie to nie jedyne formy przestrzenne, którymi operuje artysta. Na jego indywidualnej wystawie w galerii BWA Warszawa Całą zimę czekam, aż wrócą bociany tego typu dopełnieniem malarskiej ekspozycji była dużego formatu rzeźba przedstawiająca rośliny – konkretnie pałki wodne. W tej pracy bardzo interesująca jest jej pewnego rodzaju płynność znaczeniowo-formalna. Może się ona bowiem wydawać hiperrealistyczną niemalże rośliną lub – w zależności od okoliczności – abstrakcyjną rzeźbą.
Twórczość Bartłomieja Flisa jest bez dwóch zdań niezwykła, a jej najciekawszym aspektem jest jej zmienność. Analizy tej zmienności dokonał także autor popularyzatorskiego profilu o sztuce Solo Show, zamieszczając post obrazujący ewolucję prac artysty od 2017 roku do dziś. Obserwując je w ciągu tych lat, trudno nie odnieść wrażenia, że artysta ciągle poszukuje nowych form do opowiadania historii o określonej wrażliwości. W czasie niespełna dekady spenetrował różne obszary związane z postrzeganiem rzeczywistości. Robi to w charakterystyczny dla siebie sposób. Jego twórczość jest pełna radości, zabawy formą, fascynacji materią malarską, lecz niepozbawiona swoistego niepokoju, związanego z pewnymi uniwersalnymi problemami, takimi jak dojrzewanie, odpowiedzialność za planetę i jej wszelkich mieszkańców czy wyzwania, przed jakimi stoi współczesny „nowy” mężczyzna.
Tekst: Ignacy Oboz
Zdjęcia: HaWa dla mgslodz.pl
