Zaczęło się od rodzaju żeńskiego w zdaniu, które Dmytro Tarasenko zobaczył w aplikacji do nauki języka polskiego; mógł je skorygować, lecz tego nie zrobił. Z tego drobnego rozminięcia gramatyki z biografią – niepoprawionej końcówki, która na moment uczyniła go kimś innym – wyrosła wystawa „Kiedyś byłam artystką”, otwarta 18 września w Galerii u Kosałki.
Pomysł dojrzewał w głowie kuratora od 2022 roku, od niewesołego momentu, w którym zaczął się zastanawiać, jak drobne, dawno podjęte decyzje i okoliczności uformowały jego własną ścieżkę. Wystawa pyta jednak o coś jeszcze bardziej ostrego niż „co by było, gdyby” – stawia pytanie o to, komu wolno nazwać siebie artyst/k/ą i kto takiego prawa udziela.
Zapraszając do projektu dziewiętnaścioro uczestników i uczestniczek, Tarasenko postawił im to samo, pozornie proste pytanie: kim jesteś, kim chcesz tu być? Nie przypisał nikomu statusu z góry, tylko pozwolił się określić samodzielnie. Tak w jednej przestrzeni znalazły się Joanna Rajkowska, Ewa Zarzycka, Pola Dwurnik i inni zawodowi artyści – oraz osoby bez wykształcenia artystycznego, dla których sztuka bywa wciąż możliwością niezrealizowaną. Ekspozycję dopełnili opowieściami, których część jest prawdziwa, część zmyślona, a widz nie dostaje klucza, który pozwoliłby to rozstrzygnąć.
Wchodząc do prostej przestrzeni galerii, początkowo próbowałam ustalić, co w dopisanych historiach jest faktem, a co konfabulacją. Umysł szuka sensu i porządku. Zorientowałam się jednak, że bardziej chcę zanurzyć się w te narracje, niż je weryfikować. Podejrzewam, że jest to właściwy tryb zwiedzania tej ekspozycji: nie śledztwo, ale gotowość przyjęcia cudzej wersji siebie, choćby tylko na czas oglądania.
Alternatywne drogi
Ten sam gest – wejście w cudzą biografię – znajduje na wystawie wcielenia dosłowniejsze niż zmyślenie. „Dwadzieścia dwa zlecenia” Joanny Rajkowskiej (2003–2005) opowiadają o tym, jak artystka ogłosiła się do wynajęcia w Berlinie, Łodzi i Sheffield, a każdy zainteresowany mógł poprosić ją o wykonanie niemal dowolnej czynności. Rysowała dla organizacji antyglobalistycznej, pomagała zorganizować późnonocne śniadanie, towarzyszyła komuś w drodze na lotnisko. Dwadzieścia dwie cudze sytuacje, przemierzone po kolei i równie szybko odłożone – w tym cyklu Rajkowska nie tyle spekuluje o alternatywnej biografii, ile faktycznie na chwilę wciela się w kogoś innego.
Podobny ruch, tyle że skierowany do wewnątrz, robi Mirosław Chudy w wielkoformatowym obrazie odtwarzającym sytuację sprzed lat: przypadkowe spotkanie z fotografem na amerykańskiej ulicy, propozycję sesji w sukni ślubnej, zdjęcia opublikowane w magazynie, którego egzemplarza nikt już nie potrafi odnaleźć. Skoro dowód zaginął, Chudy maluje go od nowa – mężczyznę w kolejnych kobiecych przebraniach. Tak jakby chciał ustalić własnym pędzlem, co tamtego dnia naprawdę się wydarzyło.
Niedaleko wisi autoportret Aleksandra Baszyńskiego, na którym artysta występuje jako reporter telewizji nadający z sawanny. To dosłownie obraz jego marzeń z dzieciństwa, które nie spełniły się, bo fach reportera wymaga pracy słowem, a to niespecjalnie pociągało małego Saszę. Dlatego przekierował swoją uwagę na sztukę wizualną, co skądinąd oznacza, że dziś mógłby zostać bohaterem zamiast autorem reportażu.
Najsubtelniej rozegrana wydała mi się jednak część związana z artystyczną rodziną Dwurników. Jej ciężar rozkłada się inaczej, niż mogłoby się wydawać po podpisanych nazwiskach. Punktem, który jako pierwszy przyciąga wzrok, są rysunki Stasia Ożgi-Dwurnika, syna Poli Dwurnik. Zajmują najwięcej przestrzeni, towarzyszy im wideo, w którym chłopiec z rozbrajającą swobodą opowiada, co i dlaczego narysował. Prace samej Poli z dzieciństwa pojawiają się obok jako dopowiedzenie, uzupełnione fotografiami dokumentującymi wystawę „Kooperacja”. W 1985 roku w Pracowni Dziekanka rysunki małej Poli jej ojciec, Edward Dwurnik, umieścił obok własnych obrazów. To zdjęcia-ślady, nie centrum pracy. A mimo to zmieniają sposób, w jaki się je czyta, ponieważ pozwalają dostrzec w nich nie tyle wspomnienie, co powtórzenie gestu.
Łatwo uznać ten gest za wyłącznie rodzinną czułość, za coś, co dzieje się między bliskimi bez większych konsekwencji. Tymczasem wywodzi się on z biografii artystycznej samego Dwurnika. Latem 1965 roku, jeszcze jako student warszawskiej ASP, zobaczył w Kielcach wystawę Nikifora i to od powstałego pod jej wpływem „Rysunku nr 1” liczył początek swojej twórczości. Zawodowy malarz sytuował więc źródło własnej sztuki nie w dyplomie, lecz w spotkaniu z samoukiem, który żadnego dyplomu nie zdobył. To skądinąd tłumaczy, dlaczego dwadzieścia lat później powiesił obok siebie własne obrazy i szkice sześcioletniej Poli. Zestawienie prac na wystawie Tarasenki przenosi ten gest o pokolenie dalej – na wnuka, którego typowo dziecięce prace, tworzone bez świadomości, że mogłyby podlegać ocenie, zajmują na ścianie więcej miejsca niż dzieła artystki o uznanym dorobku.
Przypomniał mi się przy tych pracach Picasso, który w 1956 roku, oglądając wystawę dziecięcych rysunków, miał powiedzieć, że w ich wieku umiał rysować jak Rafael, ale wiele lat zajęło mu nauczenie się, jak rysować jak dziecko. Cała ta rodzinna sekwencja – Nikifor, Dwurnik, Pola, Staś – działa właśnie w tym kierunku: nie od nieumiejętności ku mistrzostwu, lecz odwrotnie, jako powracający ruch w stronę tego, co dziecko potrafi, zanim zdąży się dowiedzieć, czego robić nie wolno.
Bo co takiego świat robi z wyobraźnią? Tropem może być praca Lidii Holosko, która opisuje siebie: pięcio- czy sześcioletnią dziewczynkę rysującą żaby. Jedna z żab sika, co wywołuje szyderstwa ze strony innych dzieci i krytykę pomieszaną z zakłopotaniem ze strony dorosłych. Oraz pytania: skąd? po co? dlaczego? A dla malutkiej twórczyni nie wydawało się to wtedy ani dziwne, ani niewłaściwe; po prostu chciała narysować taką właśnie żabę. Nie umiała odpowiedzieć na pytania, które chwilę wcześniej w ogóle dla niej nie istniały.
Pokazanie rysunku sikającej żaby z fotografią niewinnej dziecięcej buzi na rewersie przypomina o tym, co odkrył Mark Rothko, przez ponad dwie dekady ucząc dzieci w Brooklyn Jewish Center: że rodzą się one z twórczą swobodą, którą dopiero dorosły świat ze swoim aparatem pytań i ocen zaczyna tłumić. Rothko przestrzegał przed tym, co nazywał „zahamowaniami fizycznymi i emocjonalnymi” wprowadzanymi przez nauczanie. Widział w nich dokładnie taki mechanizm, jaki spotkał małą Lidię: pytanie „dlaczego to narysowałaś?” jako pierwszy krok do tego, żeby przestała rysować to, co podpowiada jej wyobraźnia.
To dokładnie ta sama beztroska, którą słychać w wideo Stasia, tylko przyłapana w chwili, gdy jest jej odbierana. I dlatego te dwie prace warto oglądać razem, choć wiszą na przeciwległych ścianach. Ujawnia się przy nich asymetria, której być może ta wystawa nie planowała aż tak dosłownie, a która stała się dla mnie jej najmocniejszym, choć niewypowiedzianym tematem. Uznani artyści snują tu swobodne domysły o życiach równoległych, z komfortem właściwym tym, którzy nie muszą już nikomu niczego udowadniać. Osoby bez formalnego przygotowania mówią częściej o wątpliwościach i poczuciu niewystarczalności. Kuratorski opis zapewnia, że granica między profesjonalnym a nieprofesjonalnym staje się na tej wystawie umowna; z tego, co widać na ścianach, wynika raczej, że dla jednej strony jest ona umowna, a dla drugiej wciąż dotkliwie realna.
Kompetencje do tworzenia lub mówienia o sztuce to temat, który zgłębiam we własnym zakresie od dawna. Kultura programuje nas tak, żeby uznawać autorytet tych, którzy wiedzą, a nie tych, którzy czują. Akademickie przygotowanie i dyplom stanowią kredyt zaufania. Czy jest możliwe, żeby spojrzenie spoza „środowiska” dodawało jakąś istotną wartość? Czy twórczość artystek i artystów amatorów jest anegdotycznym dodatkiem, czy czymś, czemu należałoby przyznać pełnoprawne miejsce w obiegu sztuki? To pytanie wraca do mnie jak bumerang. Zabawne, że dosłownie dwa miesiące temu, podczas mojego projektu „Sztuka dla mas” w tejże Galerii u Kosałki, zadawałam odwiedzającym podobne pytanie: czy czują się osobami ze świata sztuki, czy raczej sztukę konsumującymi? Mnie wydawało się to proste, ale okazało się, że po obu stronach wywoływało konsternację. Wystawa Tarasenki tłumaczy mi teraz to wahanie znacznie lepiej, niż ja sama potrafiłam je wtedy nazwać – pokazuje, że pytanie o prawo do bycia artystą nie jest dziś retoryczne ani marginalne, tylko wciąż ma swoją realną cenę.
Sama jeszcze niedawno nie sądziłabym, że będę otwierała własną wystawę albo że napiszę tekst do pisma artystycznego – choć od dzieciństwa sztuka była dla mnie bardzo ważna, zarówno w aspekcie tworzenia, jak i doświadczania. Z czasem przestałam o niej fantazjować i obrałam taką właśnie alternatywną ścieżkę, nad którą dumali autorzy i autorki zaproszeni do projektu. Wystawa „Kiedyś byłam artystką” jest zbudowana z dziewiętnastu takich racjonalizacji – i z kilku momentów, w których ktoś zdecydował się je odwołać.
Wystawa potrwa do 2 października.
Tekst: Bogusia Sobiczewska
Zdjęcia: materiały organizatora
