Muzeum Narodowe we Wrocławiu zaprezentowało w Pawilonie Czterech Kopuł znakomitą wystawę Waldemar Cwenarski. Czułość. Powroty i poszukiwania. Przygotowana przez kuratorkę Anną Chmielarz wielowątkowa ekspozycja została poświęcona malarzowi i rysownikowi działającemu dość dawno i zdecydowanie za krótko – Waldemar Cwenarski zmarł w 1953 roku w wieku zaledwie dwudziestu siedmiu lat w nigdy niewyjaśnionych do końca okolicznościach, prawdopodobnie w wyniku tragicznego w skutkach pobicia. Był wówczas studentem czwartego roku malarstwa wrocławskiej Państwowej Wyższej Szkoły Sztuk Plastycznych. I choć jego prac – mocnych, ekspresyjnych w wyrazie, łapiących za serce i duszę – zachowało się stosunkowo niewiele (największy ich zbiór ma wrocławskie Muzeum Narodowe), a twórczość w powszechnej świadomości pozostaje wciąż mało znana – to jego postać we wrocławskim środowisku artystycznym z czasem obrosła legendą. Powrót do jego prac teraz okazał się niezwykle nośny i trafiony, co znalazło swoje odzwierciedlenie w podsumowaniu najciekawszych wystaw w 2025 roku, omawianym przez Macieja Przestalskiego z redaktorką naczelną Pisma Artystycznego „Format” Alicją Klimczak-Dobrzaniecką i redaktorem naczelnym „Wrocławskiego Niezbędnika kulturalnego” Kubą Żarym dla wrocławskiego Radia Kultura. Na antenie ekspozycja w Pawilonie Czterech Kopuł została uznana za jedną z najważniejszych wystaw odbywających się we Wrocławiu w ostatnich latach. Z opinią tą w zupełności się zgadzam, z paru powodów.
Przede wszystkim stanowiła przypomnienie twórczości Waldemara Cwenarskiego, co nie tylko stanowiło okazję do trwałego zapisania kart historii sztuki polskiej w okresie powojennym z uwzględnieniem trwałego wkładu środowiska wrocławskiego (wówczas dopiero budującego się na powojennych zgliszczach dawnego Breslau), ale i możliwość odczytania prac tego konkretnego artysty w uniwersalnym, wciąż aktualnym wymiarze. Waldemar Cwenarski reprezentował głos generacji naznaczonej wojenną rzeczywistością. Był jednym z najważniejszych przedstawicieli pokolenia, którego młodość przypadła na czas drugiej wojny światowej. Jego prace oddawały traumy, cierpienie i tragizm tamtego okresu, stając się ponadczasowym świadectwem ludzkiego losu. Ponadto jego działalność wpisywała się w alternatywę wobec socrealizmu – choć tworzył w okresie dominacji doktryny socrealistycznej, to jednak mimo politycznej presji, zachował artystyczną niezależność. Zamiast powielania optymistycznych wizji rzeczywistości i wypełniania odgórnie ustalonych schematów, wybierał głęboką ekspresję i skupienie na emocjach oraz duchowości. Z całą pewnością można zaliczyć go do prekursorów „Arsenału 55”. Choć zmarł dwa lata przed przełomową Ogólnopolską Wystawą Młodej Plastyki Przeciw wojnie, przeciw faszyzmowi w warszawskim Arsenale (1955), jego styl zapowiadał tamtejszy zwrot ku egzystencjalizmowi i nowej figuracji. Dzieła Waldemara Cwenarskiego – w tym obraz Pożoga z 1951 roku – włączone wówczas do tej słynnej wystawy, docenione zostały za siłę emocjonalnego przekazu i zapewniły mu pośmiertną nagrodę.
Do dziś jego twórczość porusza widzów dzięki zawartej w niej niezwykłej empatii i czułości wobec człowieka. I właśnie na tych wartościach skupiła się wystawa retrospektywna zorganizowana w setną rocznicę jego urodzin. To pierwsza tak całościowa prezentacja twórczości artysty, która pozwala odkryć jego dorobek od najwcześniejszych prac z czasów szkolnych z lat czterdziestych XX wieku do ostach dzieł z 1953 roku, które zaprezentowano w szerokim ujęciu artystycznym. Poza dziełami Waldemara Cwenarskiego, ekspozycja obejmuje realizacje innych twórców różnych pokoleń i z różnych środowisk – tych, od których młody wrocławski malarz czerpał inspiracje, jak i tych, którzy później inspirowali się jego twórczością. Obejmuje szeroki zakres prac – można zobaczyć ponad 170 dzieł – w tym obrazy, rysunki, grafiki, rzeźby, ceramikę i projekty mozaik. Wszystko to pozwala spojrzeć na jego sztukę w szerszej perspektywie historycznej.
Szczególnie udana okazała się poprowadzona z wyczuciem, delikatna i czytelna aranżacja wystawy, umożliwiająca z jednej strony chronologiczne prześledzenie działalności artysty, zgodnie z rytmem jego niedługiej biografii oraz uporządkowanie najważniejszych wątków obecnych w jego twórczości (w tym pejzaże, portrety, martwe natury, czy liczne przedstawienia dzieci). Z drugiej strony umożliwiła zagłębienie się w rozmaite inne poboczne wątki i ścieżki interpretacyjne i odnajdowanie czasem nieoczywistych powiązań międzypokoleniowych, przepływu motywów i idei. Wachlarz odniesień okazał się niezwykle szeroki – od prac artystów, którzy stanowili dla Waldemara Cwenarskiego inspirację i ważny punkt odniesienia (między innymi Witolda Wojtkiewicza, Tadeusza Makowskiego czy Georges’a Rouaulta), po współczesnych mu „twórców pokolenia Arsenału” (między innymi Andrzeja Wróblewskiego, Jana Lebensteina, Jonasza Sterna czy Izaaka Celnikiera) oraz profesorów wrocławskiej uczelni, z którymi miał kontakt (w tym Eugeniusza Gepperta, Stanisława Dawskiego), a także kolegów z czasów studenckich – między innymi Józefa Hałasa, Alfonsa Mazurkiewicza, Krystyny Cybińskiej. Dialog z innymi artystami wzbogaciły ponadto dzieła artystów takich jak Goya, Delacroix, Witkacy, Fangor czy Kollwitz, co pozwala na pełniejsze rozpoznanie miejsca młodego malarza w historii sztuki.
Wspomniane wątki zostały jeszcze rozbudowane o prace artystów działających dużo później, dla których z kolei Waldemar Cwenarski stanowił istotny punkt odniesienia – debiutujących w latach osiemdziesiątych XX wieku „Nowych Dzikich” (jak Zdzisław Nitka czy Ryszard Grzyb), debiutantów lat dziewięćdziesiątych (Marcin Harlender, Anka Mierzejewska) i tych, którzy zaczynali swoje kariery po 2000 roku (Hubert Bujak, Jan Jakub Robaszewski).
Od razu muszę zastrzec, że nie wszystkie zaproponowane na ekspozycji zestawienia okazały się w równej mierze przekonujące. W mojej ocenie prace Anki Mierzejewskiej w tym katalogu postaw i realizacji wypadły chyba najmniej harmonijnie i można by je bez uszczerbku dla całości wystawy pominąć. Może ze względu na to, że wybór jej ekspresyjnych obrazów, w tym płótna operującego neonową, nieco krzykliwą gamą barwną, która jednak boleśnie zazgrzytała na ścianie, wypadł dość słabo w zestawieniu z płótnami Zdzisława Nitki czy Huberta Bujaka, a motywy skupione na relacjach rodzinnych i czasie dzieciństwa powielały właściwie wątki obecne w pracach pozostałych artystów, nie wnosząc niczego przełomowego do wystawy, budując jedynie poczucie pewnego przesytu i przegadania. To jednak drobna uwaga, bo prezentacja jako całość wypadła świetnie, bardzo różnorodnie, interesująco, czasem zaskakująco.
W tym miejscu muszę zaznaczyć, że bardzo podoba mi się strategia Muzeum Narodowego, polegająca na łączeniu starego z nowym – jak na wystawie Szaleństwo rokoka (2023/2024), pokazywanej również w Pawilonie Czterech Kopuł, zatem zabieg ten zastosowany i tym razem wydał mi się wyjątkowo pociągający. Dzięki niemu na jednej wystawie obok dzieł wymienionych wyżej artystów różnych generacji mogliśmy zobaczyć jeszcze pracę Marcina Maciejowskiego, dotykającą zupełnie aktualnego problemu wojny w Ukrainie.
Ten ostatni wątek wydaje mi się jedną z najważniejszych wartości tej wystawy – jak się okazało, prace Waldemara Cwenarskiego są, niestety, wciąż aktualne i ponadczasowe. Tocząca się obecnie wojna w Ukrainie, w Strefie Gazy i każda inna, która zbiera żniwo ludzkich istnień, dotyczy w dużej mierze cywilów, w tym dzieci. Ofiarami są niewinne, bezbronne istoty, które powinny podlegać bezwzględnej ochronie. Waldemar Cwenarski sam jako dziecko przerwał wojenną pożogę. Jego osobista historia, wrażliwość i talent na zawsze uwieczniły w obrazach psychologiczne wizerunki tych, którzy mieli szansy uchronić się sami przed traumatyzującymi wydarzeniami. Artysta wykreował trudny do wyrzucenia spod powiek świat widziany oczyma dziecka jak z obrazów Wojtkiewicza i Makowskiego – przy czym jego mali bohaterowie zostali odmienieni na zawsze, doświadczając rzeczywistości pełnej tragedii, zniszczenia i beznadziei, bólu i cierpienia.
Dla takiego artysty jak Waldemar Cwenarski terapeutyczna rola sztuki musiała być jednym z istotnych sensów tworzenia, malowanie zaś – narzędziem przepracowywania własnych przeżyć. Z całą pewnością nadał dziecięcej traumie niepowtarzalną wizualność, której przed nim na polu polskiej sztuki nie znajdziemy wiele, wyjątkiem tego kalibru są wizerunki dzieci w Rozstrzelaniach Wróblewskiego, choć przedstawiają wojnę bardziej dosadne i są dalece bardziej bezpośrednie w przekazie. W malarstwie Waldemara Cwenarskiego dzieci pozostają pozornie nadal w trybie zwykłej zabawy, ale zyskują wielowymiarową podmiotowość, przestają być istotami uosabiającymi jedynie beztroskę i radość, mają prawo nie uśmiechać się, cierpieć, czuć niepewność, zagubienie, osamotnienie. Smutne dzieci-pajacyki na konikach, maluchy nieruchomo siedzące na podłodze, podczas przerwanych zajęć, zaskoczone, ciche, oczekujące, jakby zamrożone. To jeden z najbardziej wstrząsających obrazów, jakie zapisano w malarstwie.
Wspomniany już obraz Pożoga przeszedł również próbę czasu jako uniwersalna metafora czasu wojny. Oszalały czerwony koń tratujący wszystkich dookoła jest naszym rodzimym odpowiednikiem Okropności wojny Goi. To sugestywne malarstwo o wydźwięku antywojennym, niestety, skrojone również na nasze czasy.
Wystawa umiejętnie odkrywa zapomniane dziedzictwo wrocławskiej sztuki i ponownie zwraca uwagę na dorobek nieco zapomnianego artysty, którego życie było krótkie, ale pozostawiło niezaprzeczalnie swój trwały ślad. Do 18 stycznia 2026 roku można (i należy) ją obejrzeć w Pawilonie Czterech Kopuł.
Tekst: Patrycja Sikor
Zdjęcia: Muzeum Narodowe we Wrocławiu
